Pierwsze co sobie pomyślałam? Że umysł Kevina, nie mogąc już dłużej znieść charakteru właściciela, przewrócił się na lewą stronę. Potem zaczęłam rozważać czy mój koleżka nie ma kłopotów z rozdwojeniem jaźni...Nie było jednak sensu się nad tym głowić. Co ja? Psycholog terapeuta? Postanowiłam udawać, że ten nagły zwrot akcji nie zrobił na mnie najmniejszego wrażenia. Nie było to zresztą dalekie od prawdy.
- Obawiam się iż nasze światopoglądy diametralnie się od siebie różnią- powiedziałam opierając łokcie na stole, splatając palce i opierając na nich podbródek.
- Doprawdy?- na jego usta wpłynął jeden z najbardziej złośliwych uśmiechów jakie widziałam, a widziałam ich wiele.
Konsekwentnie go zignorowałam i pokiwałam głową jak gdyby nigdy nic.
- Dokładnie, Panie Kolego- mruknęłam.
Wrzuciłam sobie jedną czereśnie do ust. Pestką splunęłam do najbliższego kosza i powróciłam do poprzedniej pozycji.
- To może- powiedział dalej stojąc z książką w ręku- wytłumaczysz mi na czym owa różnica polega?
- Jak pan sobie życzy- powiedziałam- A więc. W twoim mniemaniu, jak sądzę, kradzież jest rzeczą poniżającą. Zgadza się?- chłopak pokiwał głową- No. Moim zdaniem upokarzająca jest tylko sytuacja w której człowiek kradnie. Nie uważam jednak za hańbę kraść gdy nie ma się wyboru.
Oczy Kevina zwęziły się w wąskie szparki, ale nie wyglądał na wściekłego. Słowa które potem wypowiedział ociekały kpiną.
- Nikogo tu nie oszukasz. Dobrze wiem, że masz wybór.
Wzruszyłam ramionami.
- Potraktuj to więc jako demonstrację, sprzeciw wobec ustrojowi, próbę walki ze społeczeństwem- podniosłam dłonie nad ramiona, trochę jak aresztowany przestępca- Myśl co chcesz. Jeżeli taka twoja wola zacznij mnie wyzywać. Nie da się jednak ukryć, że i ty czasem praktykujesz coś podobnego. Różnica polega na tym, że ja odnoszę z tego korzyści- zakończyłam wrzucając do ust kolejny owoc.
Mówiłam wszystko spokojnym, obojętnym głosem. Nie ważne co sobie pomyśli, niżej nie upadnę. I nie użalam się nad sobą! Stwierdzam twarde realia. Obserwacja, analiza, wniosek. Szczyt, upadek, dno. Pozostaje tylko duma, której żaden kretyn, nawet ten którym stał się dziś Kevin, mi jej nie odbierze.
Chłopak przez chwilę milczał jakby zastanawiał się nad ripostą. W końcu obszedł stół, sięgnął do mojej torby i wyciągnął z niej drugie, a jednocześnie ostatnie, jabłko.
- W takim razie ja właśnie demonstruję przeciwko twojemu światopoglądowi- mrukną powracając na poprzednie miejsce i warząc owoc w ręce.
Odgryzł spory kawałek, a resztę rzucił na stół. Powiodłam wzrokiem od chłopaka do jabłka i z powrotem. Nadal będącą w ustach pestką strzeliłam mu w twarz tak, że utknęła pomiędzy okularami, a nosem. Następnie sięgnęłam po leżące na stole jabłko i rzuciłam prosto w jego czoło.
- Ał!- jęknął upuszczając ,,Kryształy i kryształki: i przykładając dłoń do głowy.
Spojrzał na mnie, bynajmniej, nieprzychylnym wzrokiem.
- Jesteś żałosna.
Zmarszczyłam brwi. Skoro tak...Wstałam i podeszłam do niego z garścią czereśni w dłoni. Stanęłam przed chłopakiem i rozsmarowałam mu owoce na twarzy, ten o dziwo nawet się nie cofnął, tylko lekko skrzywił. Schyliłam się po książkę i z miejsca wrzuciłąm ją do stojącej na krześle torby i ponownie stanęłam twarzą do niego.
- Taaa...-mruknęłam cofając się o krok- Masz rację, jestem żałosna, ale i tak wyglądam lepiej niż ty.
Kevin/Mike? Tak, zdaję sobie sprawę ze stanu tego opka.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Luna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Luna. Pokaż wszystkie posty
środa, 23 grudnia 2015
wtorek, 28 lipca 2015
Od Luny
- Nie chcę!- argument godny pięciolatka.
Odpowiedź w formie warknięcia, a jednak brzmi jak ,,kontra"rodzica.
- Odwal się- mruczę wiercąc się pod kocem.
Zbawcze okrycie naglę znika pociągnięte przez o wiele silniejszego napastnika. Otwieram zlepione oczy i przewracam się na plecy. Oparłam się na przedramionach.
- I tak nie pójdę do szkoły...tato!- powiedziałam powracając do pozycji leżącej.
Nie ruszyłabym się pewnie do południa gdyby nie upór Veck'a który chwycił mnie za łydkę i pociągną do wyjścia. Już prawie wyciągnął mnie na zewnątrz gdy kopnęłam go w pysk drugą nogą i podczołgałam do materaca.
- Wyciągniesz mnie jak założę spodnie!- krzyknęłam.
Naciągnęłam na siebie wspomniane wcześniej odzienie. Nie wiem z jakiego te spodnie są materiału, ale jest on bardzo cienki i miękki, w kolorze jasnoniebieskim.
Rozejrzałam się w poszukiwaniu paska. Nie był mi potrzebny do spodni, bo te są na gumce, a do odpędzania owiec sąsiada. Miałam półtorametrowy kij, ale po ostatnim ,,incydencie" zakazano mi dotykania jakichkolwiek ,,niebezpiecznych" przedmiotów.
W końcu znalazłam ów przedmiot i położyłam przy wyjściu.
Mój domek, to w zasadzie nawet nie jest domek. Tutejsze standardy mi nie odpowiadają więc z pomocą kilku osób stworzyłam coś na kształt namiotu. Cztery pale wbite w ziemie. Na nich rozpięte, pozszywane wyprawione skóry tego co Veck ubił i przyniósł. Dochodziło tego coraz więcej aż dosięgło ziemi. Ponaciągałam to z pomocą lin i gwoździ i... Ta daaa! W środku jest zwykła drewniana podłoga. Na środku stoi mały stolik, wokół niego porozrzucane są poduszki. Za łóżka służą dwa stare materace. Pod stołem znajduje się ukryty pod ziemią schowek.
Skrzywiłam się spoglądając na porozrzucane dookoła papiery, ołówki, patyki, butelki i koce. Cena szczęścia.
Chwyciłam pas i wyszłam na zewnątrz. Przedmiot okazał się zbędny gdyż Veck zdążył już rozgonić paskudzące wszędzie owce. Stać by mnie było na regularny dom, a jednak wolę mieszkać w tym syfie. Albo coś jest nie tak ze mną, albo z resztą świata.
***
Oszczędziłam sobie dzisiaj fatygi związanej z pracą i poszłam odwiedzić tę samą piekarnię co wczoraj. Piekarz siedział za ladą bacznie obserwując wszystkich klientów. Nie zapowiadało się więc na darmowy posiłek. Wyszłam nim mnie zauważył. Nie wybiła jeszcze dwunasta. Zdążę więc wygrzebać jakieś darmówki. Gdy byłam wilkiem nie musiałam płacić za pożywienie, choć zdobywali je łowcy. Dlaczego więc mam płacić tamtemu facetowi za upieczony przez niego chleb?
Nieśpiesznie wkroczyłam na targ. Wokół roiło się od ryb, owoców i warzyw. To pierwsze ominęłam szerokim łukiem. Podeszłam do sporego stoiska gdzie kłębiło się jeszcze przynajmniej pięć osób. Przekupka przeskakiwała od jednego do drugiego to zachwalając truskawki, to zachwalając maliny. Prześlizgnęłam się więc do czereśni i wrzuciłam kilka garści do zawieszonej na ramieniu torby( nie torebki!). Odeszłam powolnym dumnym krokiem. Po drodze zgarnęłam jeszcze dwa jabłka i kiść winogron.
Zajadając się pozyskanymi smakołykami nieśpiesznie zmierzałam w stronę Diamentowej Biblioteki. Ledwo przekroczyłam próg uderzył mnie nienaturalny dla tego miejsca ruch i, przede wszystkim...tłok. Od kiedy ludzie lubią czytać książki? Ominęłam kilku stróżów prawa i zasiadłam przy pustym stoliku gdzieś w odległym kącie sali. Ktoś zostawił tam jakąś książkę. Mimowolnie przebiegłam wzrokiem po okładce.
-,,Kryształy i Kryształki" - odczytałam.
Wzruszyłam ramionami i otworzyłam na przypadkowej stronie. ,, Widziałem jak wrzuca jakiś świecący przedmiot do wody. Gdy tylko mnie zobaczyła dosłownie rozpłynęła się w powietrzu". Wydęłam wargi. Otworzyłam książkę centralnie na środku i postawiłam tak by zasłaniała rozrzucone na stole czereśnie.
- Co czytasz?- usłyszałam głos za swoimi plecami.
Wyczytałam z niego, że posiadacz głosu dobrze wie, że wcale nie czytam, ale mu to nie przeszkadza.
- ,,Kryształy i Kryształki". Zakładam, że już czytałeś. A co u ciebie, Kevin' ku?
Kevin?
wtorek, 21 lipca 2015
Od Luny: Garnitur i chleb
Słońce wstało jakąś godzinę temu. Spokojnie siedząc na chodniku obserwowałam jak świat powoli wyłania się z ciemności. Teraz natomiast znudzona w zasadzie zasypiałam oparta o czyjś biały, drewniany płotek. Obudził mnie delikatny kopniak wymierzony w bok. Ziewnęłam przeciągle unosząc ręce ku górze. Zamrugałam, mlasnęłam, a dopiero potem spojrzałam na natręta. Okazał się nim właściciel posesji. Odziany w czarny garnitur mężczyzna z brązową, skórzaną torbą na ramieniu. Był dość wysoki więc nawet gdybym stanęła przerastałby mnie o ponad głowę.
- Przeszkadzam w czymś?- spytał oschle wodząc oczyma ode mnie do płotu i z powrotem- A może przynieść herbatki?
Wstałam.
- Nie, dzięki- odparłam strzepując kurz i drobinki ziemi z ubrań- A pana gdzieś podrzucić?- rzuciłam wykonując niedbały ruch ręką w stronę śpiącego przy krawężniku Wedrick'a.
Jego i tak wąskie wargi zmieniły się w prostą linię.
- Do sądu, proszę.
Wyszczerzyłam się.
- Tak, więc zapraszam- powiedziałam zachęcając go gestem i szarpiąc smoka za uzdę.
W większości przypadków jest ona zbędna, ale na jego grzbiet za chińskiego boga nie wejdę bez niej.
Gad powoli podniósł się z ulicy, przeciągną i ziewnął po czym odwrócił głowę w moim kierunku. Usiadłam wygodnie u podstawy jego szyi i zaczekałam aż klient wgramoli się na drugie nieco inne siodło z tyłu. Było ono połączone rzemieniami z moim i z zapięciem pod gonem. Moje trzymało się dzięki czemuś w rodzaju szelek. Poinstruowałam go by podkulił nogi i, odwracając się w siodle, zapięłam mu na stopach działające w sposób zbliżony do pasa kawałki skóry. Sprawdziłam czy dobrze się trzymają i powróciłam do poprzedniej pozycji.
- T-to standardowe zabezpieczenia w transporcie prywatnym?- wyjąkał zerkając na przymocowaną do jego siodła torbę.
Spojrzałam na niego nie kryjąc zdziwienia. Po chwili westchnęłam z niedowierzaniem.
- To ja tu wyznaczam standardy- mruknęłam pod nosem tak żeby nie usłyszał.
- Słucham?
- Nic, nic- wykonałam nieokreślony ruch reki- Pan pierwszy raz korzysta w prywatnego?
- No, tak. W publicznym bagaż można trzymać w rękach, a nogi zabezpiecza się tylko w czasie burzy lub silnych powiewów wiatru.
Zaśmiałam się gorzko.
- W takim razie u mnie burze i silne powiewy wiatru są codziennie- to powiedziawszy gwizdnęłam głośno.
Wedrick wydał z siebie krótki radosny ryk i skoczył do przodu, przebiegł może dziesięć metrów i wybijając się z tylnych łap, zamachnął się swymi ogromnymi skrzydłami. Silny napór powietrza zmusił mężczyznę do chwycenia się rzemieni łączących oba siodła. Muszę w końcu zadbać o jakieś normalne uchwyty.
Wed wywołał swym startem spory zamęt wśród domowych pupilków dookoła. Psy zaczęły ujadać, a śpiący na dachu wielki kocur, podskoczył ze zjeżonym na karku futrem i zleciał na ziemie. Uśmiechnęłam się mocniej pochylając do przodu by zmniejszyć napór powietrza. Klient już i tak był skulony. Jedną ręką rozpaczliwie trzymał się rzemieni, a drugą podtrzymywał swe mienie, które szczerze powiedziawszy było dużo bezpieczniejsze od niego samego. Wzruszyłam obojętnie ramionami i skupiłam się na zmuszeniu Wedrick'a do wyrównania lotu. Nadal nie za bardzo się słucha. Ma on zamiłowanie do dużych wysokości, a większość ludzi którzy korzystają z naszych usług jeszcze przed władowaniem się na jego grzbiet prosiło o spokojny lot, bez szaleństw.
W końcu smok rozłożył skrzydła i przeszedł do monotonnego szybowania co jakiś czas robiąc delikatny zamach. Zrobiło się jakoś cicho więc obejrzałam się za siebie by sprawdzić czy Garniturek nie spadł po drodze. Zastałam go skulonego i prawie się duszącego.
- Ej, żyjesz pan? - spytałam sięgając do przypiętej do mojego siodła torby.
Wyciągnęłam z niej prostą brązową manierkę z wodą. Upiłam kilka łyków i wyciągnęłam ją w stronę mężczyzny.
- Napijesz się pan?
Ten pokręcił gwałtownie wodą. Wzruszyłam ramionami i wypiłam całą resztę, po czym odłożyłam manierkę na jej miejsce.
- D-daleko jeszcze?
Spojrzałam w dół. Widać już było okazały budynek sądu.
- Nie- odparłam klepiąc Wedrick'a po szyi.
Szturchnęłam go w bok nogą. Smok momentalnie złożył skrzydła przy akompaniamencie krzyków Garniturka. Zmarszczyłam brwi gdy prędkość zrobiła się nieco niebezpieczna. Własnym życiem mogę się bawić, ale tego tu narażać nie zamierzam bo z zapłaty nici.
Pociągnęłam za wodze, mocno. Wedrick niechętnie rozłożył skrzydła. Wywołało to tak silny wstrząs, że musiałam odchylić się do tyłu w siodle. Ponownie zaczęliśmy się unosić. Zerknęłam na klienta. Obecny. Zmusiłam smoka by wreszcie wylądował.
Kiedy rozczochrany mężczyzna zsunął się ze grzbietu gada podałam mu torbę. Wyciągną z kieszeni portfel i podał mi pięć szmaragdów. Zważyłam je w dłoni i wrzuciłam luzem do torby.
- Miłego dnia życzę- rzuciłam i gwizdnęłam.
Szłam ulicą ciągnąc za sobą rozglądającego się na wszystkie strony smoka. Usłyszałam burczenie własnego brzucha. Skrzywiłam się rozglądając dookoła. Jakieś pięćdziesiąt metrów dalej zauważyłam niewielką piekarnię. Spokojnie podeszłam i kazałam Wedrick'owi siedzieć cicho. Otworzyłam przypiętą do siodła torbę i zajrzałam do środka. Sprzedawca łaził po zapleczu, co jakiś czas pokazując się w jego otwartych drzwiach. Z jego cichych pomruków wywnioskowałam, że szuka noża. Stąpając na palcach podeszłam do lady. Nie było jak przejść od tej strony więc przeskoczyłam ją lądując miękko po drugiej stronie. Przylgnęłam do ściany gdy wysoka sylwetka mignęła w drzwiach zaplecza. Wyprostowałam się chwyciłam leżący na półce chleb i dwie kajzerki pułki poniżej i przeskoczyłam ladę. Usłyszawszy kroki przywarłam do lady. Mężczyzna widocznie znalazł swą zgubę i zajął krzesło po drugiej stronie miej kryjówki. Przygryzłam wargę. No to ładnie. Popisałaś się Luno. Z chodnika doszedł mnie odgłos butów zderzających się z powierzchnią chodnika. No to już po mnie.
Wtem całą sytuację uratował Wedrick. Zajrzał do piekarni i zaryczał tak donośnie, że kroki na chodniku pośpiesznie się oddaliły, a przerażony piekarz spadł z krzesła. Przeturlałam się do drzwi, wrzuciłam łup do otwartej torby i nawet jej nie zapinając, ani nie wskakując na smoka gwizdnęłam. Wedrick zamachnął się skrzydłami, a ja chwyciłam się jego ogona. Kiedy znaleźliśmy się ponad budynkiem piekarni wyrównał lot i zarzucił mnie sobie na grzbiet, w miejsce gdzie znajdowało się siodło. Z niemałym trudem zamortyzowałam upadek na ruchomą powierzchnię. Usadowiłam w miarę wygodnie i sprawdziłam czy łup czasem nie wypadł z torby. Był cały. Odchylając się do tyłu z ciężkim westchnieniem chwyciłam kajzerkę i zapięłam torbę.
- Przeszkadzam w czymś?- spytał oschle wodząc oczyma ode mnie do płotu i z powrotem- A może przynieść herbatki?
Wstałam.
- Nie, dzięki- odparłam strzepując kurz i drobinki ziemi z ubrań- A pana gdzieś podrzucić?- rzuciłam wykonując niedbały ruch ręką w stronę śpiącego przy krawężniku Wedrick'a.
Jego i tak wąskie wargi zmieniły się w prostą linię.
- Do sądu, proszę.
Wyszczerzyłam się.
- Tak, więc zapraszam- powiedziałam zachęcając go gestem i szarpiąc smoka za uzdę.
W większości przypadków jest ona zbędna, ale na jego grzbiet za chińskiego boga nie wejdę bez niej.
Gad powoli podniósł się z ulicy, przeciągną i ziewnął po czym odwrócił głowę w moim kierunku. Usiadłam wygodnie u podstawy jego szyi i zaczekałam aż klient wgramoli się na drugie nieco inne siodło z tyłu. Było ono połączone rzemieniami z moim i z zapięciem pod gonem. Moje trzymało się dzięki czemuś w rodzaju szelek. Poinstruowałam go by podkulił nogi i, odwracając się w siodle, zapięłam mu na stopach działające w sposób zbliżony do pasa kawałki skóry. Sprawdziłam czy dobrze się trzymają i powróciłam do poprzedniej pozycji.
- T-to standardowe zabezpieczenia w transporcie prywatnym?- wyjąkał zerkając na przymocowaną do jego siodła torbę.
Spojrzałam na niego nie kryjąc zdziwienia. Po chwili westchnęłam z niedowierzaniem.
- To ja tu wyznaczam standardy- mruknęłam pod nosem tak żeby nie usłyszał.
- Słucham?
- Nic, nic- wykonałam nieokreślony ruch reki- Pan pierwszy raz korzysta w prywatnego?
- No, tak. W publicznym bagaż można trzymać w rękach, a nogi zabezpiecza się tylko w czasie burzy lub silnych powiewów wiatru.
Zaśmiałam się gorzko.
- W takim razie u mnie burze i silne powiewy wiatru są codziennie- to powiedziawszy gwizdnęłam głośno.
Wedrick wydał z siebie krótki radosny ryk i skoczył do przodu, przebiegł może dziesięć metrów i wybijając się z tylnych łap, zamachnął się swymi ogromnymi skrzydłami. Silny napór powietrza zmusił mężczyznę do chwycenia się rzemieni łączących oba siodła. Muszę w końcu zadbać o jakieś normalne uchwyty.
Wed wywołał swym startem spory zamęt wśród domowych pupilków dookoła. Psy zaczęły ujadać, a śpiący na dachu wielki kocur, podskoczył ze zjeżonym na karku futrem i zleciał na ziemie. Uśmiechnęłam się mocniej pochylając do przodu by zmniejszyć napór powietrza. Klient już i tak był skulony. Jedną ręką rozpaczliwie trzymał się rzemieni, a drugą podtrzymywał swe mienie, które szczerze powiedziawszy było dużo bezpieczniejsze od niego samego. Wzruszyłam obojętnie ramionami i skupiłam się na zmuszeniu Wedrick'a do wyrównania lotu. Nadal nie za bardzo się słucha. Ma on zamiłowanie do dużych wysokości, a większość ludzi którzy korzystają z naszych usług jeszcze przed władowaniem się na jego grzbiet prosiło o spokojny lot, bez szaleństw.
W końcu smok rozłożył skrzydła i przeszedł do monotonnego szybowania co jakiś czas robiąc delikatny zamach. Zrobiło się jakoś cicho więc obejrzałam się za siebie by sprawdzić czy Garniturek nie spadł po drodze. Zastałam go skulonego i prawie się duszącego.
- Ej, żyjesz pan? - spytałam sięgając do przypiętej do mojego siodła torby.
Wyciągnęłam z niej prostą brązową manierkę z wodą. Upiłam kilka łyków i wyciągnęłam ją w stronę mężczyzny.
- Napijesz się pan?
Ten pokręcił gwałtownie wodą. Wzruszyłam ramionami i wypiłam całą resztę, po czym odłożyłam manierkę na jej miejsce.
- D-daleko jeszcze?
Spojrzałam w dół. Widać już było okazały budynek sądu.
- Nie- odparłam klepiąc Wedrick'a po szyi.
Szturchnęłam go w bok nogą. Smok momentalnie złożył skrzydła przy akompaniamencie krzyków Garniturka. Zmarszczyłam brwi gdy prędkość zrobiła się nieco niebezpieczna. Własnym życiem mogę się bawić, ale tego tu narażać nie zamierzam bo z zapłaty nici.
Pociągnęłam za wodze, mocno. Wedrick niechętnie rozłożył skrzydła. Wywołało to tak silny wstrząs, że musiałam odchylić się do tyłu w siodle. Ponownie zaczęliśmy się unosić. Zerknęłam na klienta. Obecny. Zmusiłam smoka by wreszcie wylądował.
Kiedy rozczochrany mężczyzna zsunął się ze grzbietu gada podałam mu torbę. Wyciągną z kieszeni portfel i podał mi pięć szmaragdów. Zważyłam je w dłoni i wrzuciłam luzem do torby.
- Miłego dnia życzę- rzuciłam i gwizdnęłam.
Szłam ulicą ciągnąc za sobą rozglądającego się na wszystkie strony smoka. Usłyszałam burczenie własnego brzucha. Skrzywiłam się rozglądając dookoła. Jakieś pięćdziesiąt metrów dalej zauważyłam niewielką piekarnię. Spokojnie podeszłam i kazałam Wedrick'owi siedzieć cicho. Otworzyłam przypiętą do siodła torbę i zajrzałam do środka. Sprzedawca łaził po zapleczu, co jakiś czas pokazując się w jego otwartych drzwiach. Z jego cichych pomruków wywnioskowałam, że szuka noża. Stąpając na palcach podeszłam do lady. Nie było jak przejść od tej strony więc przeskoczyłam ją lądując miękko po drugiej stronie. Przylgnęłam do ściany gdy wysoka sylwetka mignęła w drzwiach zaplecza. Wyprostowałam się chwyciłam leżący na półce chleb i dwie kajzerki pułki poniżej i przeskoczyłam ladę. Usłyszawszy kroki przywarłam do lady. Mężczyzna widocznie znalazł swą zgubę i zajął krzesło po drugiej stronie miej kryjówki. Przygryzłam wargę. No to ładnie. Popisałaś się Luno. Z chodnika doszedł mnie odgłos butów zderzających się z powierzchnią chodnika. No to już po mnie.
Wtem całą sytuację uratował Wedrick. Zajrzał do piekarni i zaryczał tak donośnie, że kroki na chodniku pośpiesznie się oddaliły, a przerażony piekarz spadł z krzesła. Przeturlałam się do drzwi, wrzuciłam łup do otwartej torby i nawet jej nie zapinając, ani nie wskakując na smoka gwizdnęłam. Wedrick zamachnął się skrzydłami, a ja chwyciłam się jego ogona. Kiedy znaleźliśmy się ponad budynkiem piekarni wyrównał lot i zarzucił mnie sobie na grzbiet, w miejsce gdzie znajdowało się siodło. Z niemałym trudem zamortyzowałam upadek na ruchomą powierzchnię. Usadowiłam w miarę wygodnie i sprawdziłam czy łup czasem nie wypadł z torby. Był cały. Odchylając się do tyłu z ciężkim westchnieniem chwyciłam kajzerkę i zapięłam torbę.
niedziela, 19 lipca 2015
Profil Luny
Imię: Luna
Nazwisko: Brak
Wiek: 16 lat
Płeć: kobieta
Rasa: wilk
Praca: Transport prywatny
Kryształ: Szafir, wysoka
Charakter: Luna to dziwaczna istota. Wszystko jej jedno czy pójdzie w prawo, czy w lewo. Jest święcie przekonana, że co by się nie stało zawsze sobie poradzi. Może nawet ma rację. Można więc spokojnie powiedzieć, że jest wyluzowana. Na wszystko ma czas. Nie martwi się zbytnio konsekwencjami swoich czynów i nie boi się konfliktów z prawem. I tak ją ktoś wyciągnie, jak do puszki wsadzą, a jeśli nie, to sama się wyciągnie. Ze stosunkami międzyludzkimi/wilczymi ma niekiedy pewne problemy. Mało kto pojmuje jej podejście do życia, a że większość nawet nie próbuje jej zrozumieć więc i ona nie próbuje zrozumieć większości. Możesz powiedzieć, że żyje we własnym świecie, a nawet, że jest oderwana od rzeczywistości, ale się pomylisz. A z resztą, co ją obchodzi twoje zdanie, ma swoje! Ignorowanie wyzwisk przychodzi jej w prawdzie z wielkim trudem, ale jest to dla niej wykonalne. Ma też wyznaczoną cienką czerwoną, choć sama często ją ignoruje. Tą czerwoną jest dotyk. Nie tykaj bo ugryzie, może nie dosłownie, ale lepiej szybko cofnij paluszki bo ci je połamie. Sama z siebie na ogół nie jest agresywna. Lubi jednak rzucić uszczypliwym komentarzem tak, jakby nie była świadoma jego ewentualnych konsekwencji. Nie lubi plotkować, ale chętnie dowie się co w trawie piszczy. Co, kto, komu? Co, jak, gdzie? Powołaj wyprawę, a ta za sekundkę stawi się ze swym marnym dobytkiem, lub nawet bez niego. Tak, zdarza jej się okazywać entuzjazm. Może i jest trudnym rozmówcą, ale kompan z niej całkiem przyzwoity.
Opis wyglądu: Na pierwszy rzut oka? Zwykła dziewczyna. Około 174 centymetry wzrostu, smukła sylwetka, długie, związane wstążką włosy. Zwykle chodzi w czarnej bluzie z kapturem i jakichś wygodnych spodniach (nigdy leginsach). Rolę obuwia pełnią zwykłe, czarne trampki, sięgające trochę ponad kostki. Pod bluzą kryje się za zwyczaj zwykła biała koszulka z krótkimi rękawkami lub bez. Do lotów na smoku zakłada bezpalce rękawiczki z ćwiekami u podnóża palców. Jej ciało w kilku miejscach pokrywają niewielkie blizny, ach...wspomnienia. Może się wydać wątła i słaba, nic bardziej mylnego. Pod warstwą ubrań kryje się umięśniona sylwetka. Nie zdziw się więc gdy pozornie niegroźny ruch pięści pozbawi cię kilku zębów.
Dodatkowe: Potrafi rzeźbić w drewnie i grać gitarze klasycznej i wszelkiej maści fujarkach. Ma też talent kulinarny, ale rzadko odnosi z niego korzyści gdyż na ogół nie chce jej się męczyć z ciepłym posiłkiem. Jest też bardzo pojętna i to co większość szlifuje przez lata ona opanowuje w kilka miesięcy. Nawet jeśli wciśniesz jej ręce instrument i nic o nim nie powiesz, po jakiś czasie sama go rozgryzie.
Umiejętność Specjalna: Raczej trudno to wytłumaczyć... jest pewna, że potrafi więcej, ale na razie jest w stanie jedynie spoglądając na jakiś pokój, przedmiot określić co się z nim wcześniej działo. Puki co nie potrafi się ,,cofnąć w czasie" na więcej niż cztery miesiące.
Smok: Wedrick
Towarzysz: Veck
Wygląd:
Nazwisko: Brak
Wiek: 16 lat
Płeć: kobieta
Rasa: wilk
Praca: Transport prywatny
Kryształ: Szafir, wysoka
Charakter: Luna to dziwaczna istota. Wszystko jej jedno czy pójdzie w prawo, czy w lewo. Jest święcie przekonana, że co by się nie stało zawsze sobie poradzi. Może nawet ma rację. Można więc spokojnie powiedzieć, że jest wyluzowana. Na wszystko ma czas. Nie martwi się zbytnio konsekwencjami swoich czynów i nie boi się konfliktów z prawem. I tak ją ktoś wyciągnie, jak do puszki wsadzą, a jeśli nie, to sama się wyciągnie. Ze stosunkami międzyludzkimi/wilczymi ma niekiedy pewne problemy. Mało kto pojmuje jej podejście do życia, a że większość nawet nie próbuje jej zrozumieć więc i ona nie próbuje zrozumieć większości. Możesz powiedzieć, że żyje we własnym świecie, a nawet, że jest oderwana od rzeczywistości, ale się pomylisz. A z resztą, co ją obchodzi twoje zdanie, ma swoje! Ignorowanie wyzwisk przychodzi jej w prawdzie z wielkim trudem, ale jest to dla niej wykonalne. Ma też wyznaczoną cienką czerwoną, choć sama często ją ignoruje. Tą czerwoną jest dotyk. Nie tykaj bo ugryzie, może nie dosłownie, ale lepiej szybko cofnij paluszki bo ci je połamie. Sama z siebie na ogół nie jest agresywna. Lubi jednak rzucić uszczypliwym komentarzem tak, jakby nie była świadoma jego ewentualnych konsekwencji. Nie lubi plotkować, ale chętnie dowie się co w trawie piszczy. Co, kto, komu? Co, jak, gdzie? Powołaj wyprawę, a ta za sekundkę stawi się ze swym marnym dobytkiem, lub nawet bez niego. Tak, zdarza jej się okazywać entuzjazm. Może i jest trudnym rozmówcą, ale kompan z niej całkiem przyzwoity.
Opis wyglądu: Na pierwszy rzut oka? Zwykła dziewczyna. Około 174 centymetry wzrostu, smukła sylwetka, długie, związane wstążką włosy. Zwykle chodzi w czarnej bluzie z kapturem i jakichś wygodnych spodniach (nigdy leginsach). Rolę obuwia pełnią zwykłe, czarne trampki, sięgające trochę ponad kostki. Pod bluzą kryje się za zwyczaj zwykła biała koszulka z krótkimi rękawkami lub bez. Do lotów na smoku zakłada bezpalce rękawiczki z ćwiekami u podnóża palców. Jej ciało w kilku miejscach pokrywają niewielkie blizny, ach...wspomnienia. Może się wydać wątła i słaba, nic bardziej mylnego. Pod warstwą ubrań kryje się umięśniona sylwetka. Nie zdziw się więc gdy pozornie niegroźny ruch pięści pozbawi cię kilku zębów.
Dodatkowe: Potrafi rzeźbić w drewnie i grać gitarze klasycznej i wszelkiej maści fujarkach. Ma też talent kulinarny, ale rzadko odnosi z niego korzyści gdyż na ogół nie chce jej się męczyć z ciepłym posiłkiem. Jest też bardzo pojętna i to co większość szlifuje przez lata ona opanowuje w kilka miesięcy. Nawet jeśli wciśniesz jej ręce instrument i nic o nim nie powiesz, po jakiś czasie sama go rozgryzie.
Umiejętność Specjalna: Raczej trudno to wytłumaczyć... jest pewna, że potrafi więcej, ale na razie jest w stanie jedynie spoglądając na jakiś pokój, przedmiot określić co się z nim wcześniej działo. Puki co nie potrafi się ,,cofnąć w czasie" na więcej niż cztery miesiące.
Smok: Wedrick
Towarzysz: Veck
Wygląd:
Subskrybuj:
Posty (Atom)