- Nie chcę!- argument godny pięciolatka.
Odpowiedź w formie warknięcia, a jednak brzmi jak ,,kontra"rodzica.
- Odwal się- mruczę wiercąc się pod kocem.
Zbawcze okrycie naglę znika pociągnięte przez o wiele silniejszego napastnika. Otwieram zlepione oczy i przewracam się na plecy. Oparłam się na przedramionach.
- I tak nie pójdę do szkoły...tato!- powiedziałam powracając do pozycji leżącej.
Nie ruszyłabym się pewnie do południa gdyby nie upór Veck'a który chwycił mnie za łydkę i pociągną do wyjścia. Już prawie wyciągnął mnie na zewnątrz gdy kopnęłam go w pysk drugą nogą i podczołgałam do materaca.
- Wyciągniesz mnie jak założę spodnie!- krzyknęłam.
Naciągnęłam na siebie wspomniane wcześniej odzienie. Nie wiem z jakiego te spodnie są materiału, ale jest on bardzo cienki i miękki, w kolorze jasnoniebieskim.
Rozejrzałam się w poszukiwaniu paska. Nie był mi potrzebny do spodni, bo te są na gumce, a do odpędzania owiec sąsiada. Miałam półtorametrowy kij, ale po ostatnim ,,incydencie" zakazano mi dotykania jakichkolwiek ,,niebezpiecznych" przedmiotów.
W końcu znalazłam ów przedmiot i położyłam przy wyjściu.
Mój domek, to w zasadzie nawet nie jest domek. Tutejsze standardy mi nie odpowiadają więc z pomocą kilku osób stworzyłam coś na kształt namiotu. Cztery pale wbite w ziemie. Na nich rozpięte, pozszywane wyprawione skóry tego co Veck ubił i przyniósł. Dochodziło tego coraz więcej aż dosięgło ziemi. Ponaciągałam to z pomocą lin i gwoździ i... Ta daaa! W środku jest zwykła drewniana podłoga. Na środku stoi mały stolik, wokół niego porozrzucane są poduszki. Za łóżka służą dwa stare materace. Pod stołem znajduje się ukryty pod ziemią schowek.
Skrzywiłam się spoglądając na porozrzucane dookoła papiery, ołówki, patyki, butelki i koce. Cena szczęścia.
Chwyciłam pas i wyszłam na zewnątrz. Przedmiot okazał się zbędny gdyż Veck zdążył już rozgonić paskudzące wszędzie owce. Stać by mnie było na regularny dom, a jednak wolę mieszkać w tym syfie. Albo coś jest nie tak ze mną, albo z resztą świata.
***
Oszczędziłam sobie dzisiaj fatygi związanej z pracą i poszłam odwiedzić tę samą piekarnię co wczoraj. Piekarz siedział za ladą bacznie obserwując wszystkich klientów. Nie zapowiadało się więc na darmowy posiłek. Wyszłam nim mnie zauważył. Nie wybiła jeszcze dwunasta. Zdążę więc wygrzebać jakieś darmówki. Gdy byłam wilkiem nie musiałam płacić za pożywienie, choć zdobywali je łowcy. Dlaczego więc mam płacić tamtemu facetowi za upieczony przez niego chleb?
Nieśpiesznie wkroczyłam na targ. Wokół roiło się od ryb, owoców i warzyw. To pierwsze ominęłam szerokim łukiem. Podeszłam do sporego stoiska gdzie kłębiło się jeszcze przynajmniej pięć osób. Przekupka przeskakiwała od jednego do drugiego to zachwalając truskawki, to zachwalając maliny. Prześlizgnęłam się więc do czereśni i wrzuciłam kilka garści do zawieszonej na ramieniu torby( nie torebki!). Odeszłam powolnym dumnym krokiem. Po drodze zgarnęłam jeszcze dwa jabłka i kiść winogron.
Zajadając się pozyskanymi smakołykami nieśpiesznie zmierzałam w stronę Diamentowej Biblioteki. Ledwo przekroczyłam próg uderzył mnie nienaturalny dla tego miejsca ruch i, przede wszystkim...tłok. Od kiedy ludzie lubią czytać książki? Ominęłam kilku stróżów prawa i zasiadłam przy pustym stoliku gdzieś w odległym kącie sali. Ktoś zostawił tam jakąś książkę. Mimowolnie przebiegłam wzrokiem po okładce.
-,,Kryształy i Kryształki" - odczytałam.
Wzruszyłam ramionami i otworzyłam na przypadkowej stronie. ,, Widziałem jak wrzuca jakiś świecący przedmiot do wody. Gdy tylko mnie zobaczyła dosłownie rozpłynęła się w powietrzu". Wydęłam wargi. Otworzyłam książkę centralnie na środku i postawiłam tak by zasłaniała rozrzucone na stole czereśnie.
- Co czytasz?- usłyszałam głos za swoimi plecami.
Wyczytałam z niego, że posiadacz głosu dobrze wie, że wcale nie czytam, ale mu to nie przeszkadza.
- ,,Kryształy i Kryształki". Zakładam, że już czytałeś. A co u ciebie, Kevin' ku?
Kevin?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz