Słońce wstało jakąś godzinę temu. Spokojnie siedząc na chodniku obserwowałam jak świat powoli wyłania się z ciemności. Teraz natomiast znudzona w zasadzie zasypiałam oparta o czyjś biały, drewniany płotek. Obudził mnie delikatny kopniak wymierzony w bok. Ziewnęłam przeciągle unosząc ręce ku górze. Zamrugałam, mlasnęłam, a dopiero potem spojrzałam na natręta. Okazał się nim właściciel posesji. Odziany w czarny garnitur mężczyzna z brązową, skórzaną torbą na ramieniu. Był dość wysoki więc nawet gdybym stanęła przerastałby mnie o ponad głowę.
- Przeszkadzam w czymś?- spytał oschle wodząc oczyma ode mnie do płotu i z powrotem- A może przynieść herbatki?
Wstałam.
- Nie, dzięki- odparłam strzepując kurz i drobinki ziemi z ubrań- A pana gdzieś podrzucić?- rzuciłam wykonując niedbały ruch ręką w stronę śpiącego przy krawężniku Wedrick'a.
Jego i tak wąskie wargi zmieniły się w prostą linię.
- Do sądu, proszę.
Wyszczerzyłam się.
- Tak, więc zapraszam- powiedziałam zachęcając go gestem i szarpiąc smoka za uzdę.
W większości przypadków jest ona zbędna, ale na jego grzbiet za chińskiego boga nie wejdę bez niej.
Gad powoli podniósł się z ulicy, przeciągną i ziewnął po czym odwrócił głowę w moim kierunku. Usiadłam wygodnie u podstawy jego szyi i zaczekałam aż klient wgramoli się na drugie nieco inne siodło z tyłu. Było ono połączone rzemieniami z moim i z zapięciem pod gonem. Moje trzymało się dzięki czemuś w rodzaju szelek. Poinstruowałam go by podkulił nogi i, odwracając się w siodle, zapięłam mu na stopach działające w sposób zbliżony do pasa kawałki skóry. Sprawdziłam czy dobrze się trzymają i powróciłam do poprzedniej pozycji.
- T-to standardowe zabezpieczenia w transporcie prywatnym?- wyjąkał zerkając na przymocowaną do jego siodła torbę.
Spojrzałam na niego nie kryjąc zdziwienia. Po chwili westchnęłam z niedowierzaniem.
- To ja tu wyznaczam standardy- mruknęłam pod nosem tak żeby nie usłyszał.
- Słucham?
- Nic, nic- wykonałam nieokreślony ruch reki- Pan pierwszy raz korzysta w prywatnego?
- No, tak. W publicznym bagaż można trzymać w rękach, a nogi zabezpiecza się tylko w czasie burzy lub silnych powiewów wiatru.
Zaśmiałam się gorzko.
- W takim razie u mnie burze i silne powiewy wiatru są codziennie- to powiedziawszy gwizdnęłam głośno.
Wedrick wydał z siebie krótki radosny ryk i skoczył do przodu, przebiegł może dziesięć metrów i wybijając się z tylnych łap, zamachnął się swymi ogromnymi skrzydłami. Silny napór powietrza zmusił mężczyznę do chwycenia się rzemieni łączących oba siodła. Muszę w końcu zadbać o jakieś normalne uchwyty.
Wed wywołał swym startem spory zamęt wśród domowych pupilków dookoła. Psy zaczęły ujadać, a śpiący na dachu wielki kocur, podskoczył ze zjeżonym na karku futrem i zleciał na ziemie. Uśmiechnęłam się mocniej pochylając do przodu by zmniejszyć napór powietrza. Klient już i tak był skulony. Jedną ręką rozpaczliwie trzymał się rzemieni, a drugą podtrzymywał swe mienie, które szczerze powiedziawszy było dużo bezpieczniejsze od niego samego. Wzruszyłam obojętnie ramionami i skupiłam się na zmuszeniu Wedrick'a do wyrównania lotu. Nadal nie za bardzo się słucha. Ma on zamiłowanie do dużych wysokości, a większość ludzi którzy korzystają z naszych usług jeszcze przed władowaniem się na jego grzbiet prosiło o spokojny lot, bez szaleństw.
W końcu smok rozłożył skrzydła i przeszedł do monotonnego szybowania co jakiś czas robiąc delikatny zamach. Zrobiło się jakoś cicho więc obejrzałam się za siebie by sprawdzić czy Garniturek nie spadł po drodze. Zastałam go skulonego i prawie się duszącego.
- Ej, żyjesz pan? - spytałam sięgając do przypiętej do mojego siodła torby.
Wyciągnęłam z niej prostą brązową manierkę z wodą. Upiłam kilka łyków i wyciągnęłam ją w stronę mężczyzny.
- Napijesz się pan?
Ten pokręcił gwałtownie wodą. Wzruszyłam ramionami i wypiłam całą resztę, po czym odłożyłam manierkę na jej miejsce.
- D-daleko jeszcze?
Spojrzałam w dół. Widać już było okazały budynek sądu.
- Nie- odparłam klepiąc Wedrick'a po szyi.
Szturchnęłam go w bok nogą. Smok momentalnie złożył skrzydła przy akompaniamencie krzyków Garniturka. Zmarszczyłam brwi gdy prędkość zrobiła się nieco niebezpieczna. Własnym życiem mogę się bawić, ale tego tu narażać nie zamierzam bo z zapłaty nici.
Pociągnęłam za wodze, mocno. Wedrick niechętnie rozłożył skrzydła. Wywołało to tak silny wstrząs, że musiałam odchylić się do tyłu w siodle. Ponownie zaczęliśmy się unosić. Zerknęłam na klienta. Obecny. Zmusiłam smoka by wreszcie wylądował.
Kiedy rozczochrany mężczyzna zsunął się ze grzbietu gada podałam mu torbę. Wyciągną z kieszeni portfel i podał mi pięć szmaragdów. Zważyłam je w dłoni i wrzuciłam luzem do torby.
- Miłego dnia życzę- rzuciłam i gwizdnęłam.
Szłam ulicą ciągnąc za sobą rozglądającego się na wszystkie strony smoka. Usłyszałam burczenie własnego brzucha. Skrzywiłam się rozglądając dookoła. Jakieś pięćdziesiąt metrów dalej zauważyłam niewielką piekarnię. Spokojnie podeszłam i kazałam Wedrick'owi siedzieć cicho. Otworzyłam przypiętą do siodła torbę i zajrzałam do środka. Sprzedawca łaził po zapleczu, co jakiś czas pokazując się w jego otwartych drzwiach. Z jego cichych pomruków wywnioskowałam, że szuka noża. Stąpając na palcach podeszłam do lady. Nie było jak przejść od tej strony więc przeskoczyłam ją lądując miękko po drugiej stronie. Przylgnęłam do ściany gdy wysoka sylwetka mignęła w drzwiach zaplecza. Wyprostowałam się chwyciłam leżący na półce chleb i dwie kajzerki pułki poniżej i przeskoczyłam ladę. Usłyszawszy kroki przywarłam do lady. Mężczyzna widocznie znalazł swą zgubę i zajął krzesło po drugiej stronie miej kryjówki. Przygryzłam wargę. No to ładnie. Popisałaś się Luno. Z chodnika doszedł mnie odgłos butów zderzających się z powierzchnią chodnika. No to już po mnie.
Wtem całą sytuację uratował Wedrick. Zajrzał do piekarni i zaryczał tak donośnie, że kroki na chodniku pośpiesznie się oddaliły, a przerażony piekarz spadł z krzesła. Przeturlałam się do drzwi, wrzuciłam łup do otwartej torby i nawet jej nie zapinając, ani nie wskakując na smoka gwizdnęłam. Wedrick zamachnął się skrzydłami, a ja chwyciłam się jego ogona. Kiedy znaleźliśmy się ponad budynkiem piekarni wyrównał lot i zarzucił mnie sobie na grzbiet, w miejsce gdzie znajdowało się siodło. Z niemałym trudem zamortyzowałam upadek na ruchomą powierzchnię. Usadowiłam w miarę wygodnie i sprawdziłam czy łup czasem nie wypadł z torby. Był cały. Odchylając się do tyłu z ciężkim westchnieniem chwyciłam kajzerkę i zapięłam torbę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz