środa, 29 lipca 2015

Profil Filippy Aldre

Imię: Filippa (dla przyjaciół Fil)
Nazwisko: Aldre
Wiek: 13 lat
Płeć: kobieta
Rasa: wilk
Praca: Kurier
Kryształ: Cyrkonia
Charakter: Filippa to z reguły spokojna i łagodna dziewczynka. Jest nieufna wobec obcych, przy których prawie w ogóle się nie odzywa. Jednak gdy tylko nabierze do ciebie zaufania zostaniesz zalany potokiem słów. Fil bywa (a raczej jest) straszną gadułą. Na dodatek ma jedną, denerwującą innych cechę - nigdy nie rezygnuje z raz zadanego pytania, będzie je powtarzać w kółko aż uzyska odpowiedź. Posiada zdecydowanie niezdrową dla niej ciekawość, która często wpędza dziewczynę w kłopoty. Często pyskuje, a nawet klnie (efekty uboczne życia na ulicy). Z reguły wesoła potrafi stać się śmiertelnie poważna. Jest świetną aktorką. Dzięki ładnej, pozornie niewinnej buzi z nieznajomego potrafi wyciągnąć praktycznie wszystko. Po rozmowie z nią lepiej sprawdź kieszenie. Obelgi typu kurdupel, mikrus i dzieciak wcale na nią nie działają.
Opis wyglądu: Fil jest raczej niską dziewczyną - ma około 160 cm wzrostu. Na pierwszy rzut oka nie przypomina dziewczynki. Ciemne włosy zawsze obcina na krótko, a twarz ma przeważnie umorusaną od kurzu i pyłu. Z pomiędzy kudłów wystają wilcze uszy. Patrząc w swoje odbicie dziewczyna przeklina własną urodę: okrągłą twarzyczkę bez żadnych niedoskonałości, duże zielone oczy okolone czarnymi rzęsami, drobny nos i równe zęby. Na co dzień ubiera się praktycznie tak samo: zgniłozielony, nieco przydługi płaszczyk, szal, czarne leginsy i znoszone buty.
Dodatkowe: 
~ Filippa jest ponadprzeciętną złodziejką. Potrafi zwinąć ci coś sprzed nosa i uciec, w ogóle nie wzbudzając podejrzeń. Trzeba być przy niej czujnym.
~ Mimo nikłej postury dziewczyna jest zdolną gimnastyczką. Z chęcią uprawia parkour, który swoją drogą często ratował jej życie.
~ Fil świetnie śpiewa, tańczy, a nawet gra na różnych instrumentach.
Umiejętność Specjalna: Brak
Smok: Brak
Towarzysz: Brak
Wygląd: 

wtorek, 28 lipca 2015

Od Luny

 - Nie chcę!- argument godny pięciolatka.
 Odpowiedź w formie warknięcia, a jednak brzmi jak ,,kontra"rodzica.
 - Odwal się- mruczę wiercąc się pod kocem.
 Zbawcze okrycie naglę znika pociągnięte przez o wiele silniejszego napastnika. Otwieram zlepione oczy i przewracam się na plecy. Oparłam się na przedramionach.
 - I tak nie pójdę do szkoły...tato!- powiedziałam powracając do pozycji leżącej.
 Nie ruszyłabym się pewnie do południa gdyby nie upór Veck'a który chwycił mnie za łydkę i pociągną do wyjścia. Już prawie wyciągnął mnie na zewnątrz gdy kopnęłam go w pysk drugą nogą i podczołgałam do materaca.
 - Wyciągniesz mnie jak założę spodnie!- krzyknęłam. 
 Naciągnęłam na siebie wspomniane wcześniej odzienie. Nie wiem z jakiego te spodnie są materiału, ale jest on bardzo cienki i miękki, w kolorze jasnoniebieskim. 
 Rozejrzałam się w poszukiwaniu paska. Nie był mi potrzebny do spodni, bo te są na gumce, a do odpędzania owiec sąsiada. Miałam półtorametrowy kij, ale po ostatnim ,,incydencie" zakazano mi dotykania jakichkolwiek ,,niebezpiecznych" przedmiotów. 
 W końcu znalazłam ów przedmiot i położyłam przy wyjściu.
 Mój domek, to w zasadzie nawet nie jest domek. Tutejsze standardy mi nie odpowiadają więc z pomocą kilku osób stworzyłam coś na kształt namiotu. Cztery pale wbite w ziemie. Na nich rozpięte, pozszywane wyprawione skóry tego co Veck ubił i przyniósł. Dochodziło tego coraz więcej aż dosięgło ziemi. Ponaciągałam to z pomocą lin i gwoździ i... Ta daaa!  W środku jest zwykła drewniana podłoga. Na środku stoi mały stolik, wokół niego porozrzucane są poduszki. Za łóżka służą dwa stare materace. Pod stołem znajduje się ukryty pod ziemią schowek. 
 Skrzywiłam się spoglądając na porozrzucane dookoła papiery, ołówki, patyki, butelki i koce. Cena szczęścia. 
 Chwyciłam pas i wyszłam na zewnątrz. Przedmiot okazał się zbędny gdyż Veck zdążył już rozgonić paskudzące wszędzie owce. Stać by mnie było na regularny dom, a jednak wolę mieszkać w tym syfie. Albo coś jest nie tak ze mną, albo z resztą świata. 

***

 Oszczędziłam sobie dzisiaj fatygi związanej z pracą i poszłam odwiedzić tę samą piekarnię co wczoraj. Piekarz siedział za ladą bacznie obserwując wszystkich klientów. Nie zapowiadało się więc na darmowy posiłek. Wyszłam nim mnie zauważył. Nie wybiła jeszcze dwunasta. Zdążę więc wygrzebać jakieś darmówki. Gdy byłam wilkiem nie musiałam płacić za pożywienie, choć zdobywali je  łowcy. Dlaczego więc mam płacić tamtemu facetowi za upieczony przez niego chleb?
 Nieśpiesznie wkroczyłam na targ. Wokół roiło się od ryb, owoców i warzyw. To pierwsze ominęłam szerokim łukiem.  Podeszłam do sporego stoiska gdzie kłębiło się jeszcze przynajmniej pięć osób. Przekupka przeskakiwała od jednego do drugiego to zachwalając truskawki, to zachwalając maliny. Prześlizgnęłam się więc do czereśni i wrzuciłam kilka garści do zawieszonej na ramieniu torby( nie torebki!). Odeszłam powolnym dumnym krokiem. Po drodze zgarnęłam jeszcze dwa jabłka i kiść winogron. 
 Zajadając się pozyskanymi smakołykami nieśpiesznie zmierzałam w stronę Diamentowej Biblioteki. Ledwo przekroczyłam próg uderzył mnie nienaturalny dla tego miejsca ruch i, przede wszystkim...tłok. Od kiedy ludzie lubią czytać książki? Ominęłam kilku stróżów prawa i zasiadłam przy pustym stoliku gdzieś w odległym kącie sali. Ktoś zostawił tam jakąś książkę. Mimowolnie przebiegłam wzrokiem po okładce.
 -,,Kryształy i Kryształki" - odczytałam.
 Wzruszyłam ramionami i otworzyłam na przypadkowej stronie. ,, Widziałem jak wrzuca jakiś świecący przedmiot do wody. Gdy tylko mnie zobaczyła dosłownie rozpłynęła się w powietrzu". Wydęłam wargi.  Otworzyłam książkę centralnie na środku i postawiłam tak by zasłaniała rozrzucone na stole czereśnie. 
 - Co czytasz?- usłyszałam głos za swoimi plecami. 
 Wyczytałam z niego, że posiadacz głosu dobrze wie, że wcale nie czytam, ale mu to nie przeszkadza. 
 - ,,Kryształy i Kryształki". Zakładam, że już czytałeś. A co u ciebie, Kevin' ku?

Kevin?

Towarzysz Baron

Imię: Baron
Płeć: Samiec
Charakter: Ten kot to prawdziwa zmora dla każdego. No, dobra. Tylko dla swojej pani. Zbytnio jej nie lubi, mimo że ona praktycznie strzeże go jak oczka w głowie. To wredna bestia, ale gdy dostrzeże jakąś obcą osobę, od razu do niej biegnie i domaga się pieszczot. Nawet, gdyby to był złodziej. Pozostaje tylko się modlić, by potknął się o tego grubasa. To coś potrafi tylko spać, jeść i drapać, gdy Emi weźmie go na ręce.
Wygląd: 

Profil Emi

Imię: Emi
Nazwisko: Brak
Wiek: 17 lat
Płeć: Kobieta
Rasa: Człowiek
Praca: Malarz
Kryształ: Bursztyn, normalna
Charakter: Emi jest dość nietypową osobą. Nie posiada jakichkolwiek znajomych, ponieważ wszyscy uważają ją za „dziwną” z racji tego, że ma…. Jakby to określić … „Kocią” osobowość. Zacznijmy od jej DUŻEGO zapotrzebowania na sen (jak i jedzenie). Śpi niemal cały dzień i noc, zaniedbując swoje obowiązki. W swoim łóżku potrafi spędzić nawet 20 godzin, o ile nikt i nic ją stamtąd nie wyciągnie. Pozostałe cztery godziny przeznacza na jedzenie. Wykształciła u siebie pewną dziwną umiejętność, potrafi zasnąć na zawołanie w jakimkolwiek miejscu. Czy to na drzewie, przy płótnie, czy nasypując karmę swojemu zwierzakowi, którego bardzo lubi. Szkoda, że bez wzajemności.
Nasza bohaterka jest strasznym leniem i ignorantem. Nienawidzi wysiłku fizycznego, ubiera się w za duże ubrania, ponieważ uważa, że są wygodniejsze i prowadzi swój dom… Cóż, nie prowadzi. Wszędzie walają się jej ciuchy, przyrządy artystyczne, czy sierść kota. Nie umie również gotować. Kiedy dobierze się do jakiegokolwiek sprzętu kuchennego, wiedz, że nie skończy się to dobrze. Dlatego właśnie w jej „kolekcji” domowej, można dostrzec walające się po jej mieszkaniu opakowania po gotowym już jedzeniu.
Emi, która może z zewnątrz jest… nietypowa, to w środku, gdy się ją lepiej pozna, zobaczy się nieporadną dziewczynkę, która dopiero co wkracza w dorosłe życie i nijak nie potrafi sobie w nim poradzić. Mówi mało, za to lubi słuchać, chociażby historii opowiadanych przez innych. Lecz nawet jeśli ją ciekawią, to rzadko się uśmiecha.
Jej szczerość z uczuciami jest… Cóż, nie jest tak źle. Umie powiedzieć komuś „Lubię Cię” albo całkowite przeciwieństwo tego stwierdzenia, ale z wyznawaniem „głębszych” emocji, już nie jest tak łatwo.
Ma prawdziwy talent, jeśli chodzi o malowanie. I chociaż doskonale zdaje sobie z tego sprawę, nie zbyt ma ochotę na wypełnianie swoich obowiązków związanych z pracą. Można by rzec, że „Nieodpowiedzialność” to jej drugie imię. Emi posiada także świetną pamięć fotograficzną, przez co czytanie książek, czy nauka map idzie jej jak z płatka, ale nie wykorzystuje tego tak, jak powinna.
Warto też dodać, że można naprawdę łatwo wprawić ją w zakłopotanie.
Czasami ludzie się zastanawiają dlaczego Emi nie posiada kocich uszu i ogona. Pasowałyby jej, co nie?
Opis wyglądu: Emi, jak widać, jest jasną blondynką i posiada oczy prawie takiego samego koloru, jak jej włosy. Jak już wspominałam wcześniej, nosi ubrania za duże o kilka rozmiarów, co utrudnia zobaczenie jej sylwetki. Zresztą, jej „ciuchy” i tak zawsze są pomięte, bo przecież jak inaczej? Włosy, pomimo ich ładnego koloru, nie prezentują się za ładnie, ponieważ gdzie nie popatrzeć, wszędzie natrafisz na złoty kołtun na jej głowie. Nie muszę chyba dodawać, że jak na swój wiek ma dziwnie NIE rozwinięte… Piersi. No i jest niska. Metr… Pięćdziesiąt? Pięćdziesiąt pięć? Coś około tego. Często inni biorą ją za dwunastolatkę, przez co niemal zawsze ma problemy z kupnem czegokolwiek. Wyjaśnia recepcjonistom, bibliotekarzom oraz kupcom że posiada siedemnaście lat ze stoickim spokojem, chociaż w środku na pewno ją to denerwuje.
Jako, że na jej twarzy prawie nigdy nie można dostrzec żadnych emocji, Emi chodzi ciągle z taką samą miną: znudzoną albo śpiącą.
Dodatkowe: Cóż, nie wiem, czy powinnam tak „odsłaniać” naszą bohaterkę, ale mówi się trudno: Ona nie cierpi burz. Nie powiedziałam tego!
Umiejętność Specjalna: –
Smok: –
Towarzysz: Baron
Wygląd:

wtorek, 21 lipca 2015

Od Kevin'a: Błądząc między regałami...

Nie mam pojęcia jak mogło do czegoś takiego dojść. Coraz bardziej jestem przekonany, że z biblioteki nie powinienem wychodzić w ogóle. Na szczęście z półek zniknęło tylko kilka, nie tak istotnych tytułów, co od razu zrelacjonowałem Atrium, jednak to nie zmienia powagi tej sprawy. Jeśli ktoś nigdy nie widział mnie zdenerwowanego w takich sytuacjach miał właśnie okazję.
~ O co taka afera? To tylko książki - usłyszałem głos w swojej głowie. Może dla Mike'a to rzeczywiście były "tylko książki", ale jeśli chodzi o mnie to praktycznie cały mój świat. Nie ma nikogo kto znałby słowa wypisane na ich stronach lepiej ode mnie, no może z wyjątkiem ich autorów. Nagle Atrium zbliżyła się do mnie. Położyła swoje dłonie na moich ramionach i mną potrząsnęła.
- Kevin, spokojnie. Znajdziemy te książki. I tak mamy sporo szczęścia, że zniknęło tak mało książek i w dodatku nie zbyt ważnych - powiedziała uspokajająco.  Najprawdopodobniej jej zachowanie spowodowane było tym, że nie trzeba było długo się zastanawiać żeby zobaczyć jak działa na mnie ta cała sytuacja. Choć z lekką niechęcią przytaknąłem jej kiwnięciem głowy. Nie zrozumcie mnie źle, to nie tak, że wątpiłem, iż im się uda lub tego nie chciałem. Po prostu gdy w grę wchodziło zniknięcie książek od razu zmieniało się moje podejście do wszystkiego i to bez pomocy Mike'a.
Nie musiałem długo czekać, aby Atri wraz z paroma innymi osobami rozpoczęła poszukiwania złodziei. Ja za to zostałem w bibliotece, jak zawsze. I tak na nic bym się im nie przydał.
~ Znów bezużyteczny, jakie to smutne~! - usłyszałem znów dogadywanie Mike'a. Dobrze wiedziałem, że jakby nie patrzeć była to prawda. Nie posiadam żadnych zdolności czy mocy, którymi mógłbym pomóc, a przynajmniej nie umiałem z nich korzystać. Mimo to zignorowałem jego komentarz i ruszyłem przed siebie, uważnie obserwują czy z półek na pewno nie zniknęło nic innego. Biblioteka była wielka, a regałów znajdowało się w niej mnóstwo, więc mogłem wcześniej czegoś nie zauważyć. Tak twierdziłem póki nie obszedłem jej całej. Z pewnością nie zniknęło nic innego, co było dość dziwne. Teraz zaczął zastanawiać mnie cel złodzieja, który postanowił się do niej włamać. Tego typu ludzie zawsze zabierają ze sobą najcenniejsze rzeczy, a zamiast tego zniknęło jedynie parę tytułów, w których nie kryły się żadne informacje aż tak warte uwagi.
~ Może ten ktoś chciał zrobić władzy miasta na złość? - usłyszałem w głowie pytanie. Jedyne czym odpowiedziałem było przeczące kiwnięcie głowy. Tylko Mike był do czegoś takiego zdolny, jeśli chodziłoby o zwykłe zabawienie się, a mogę z pewnością powiedzieć, że tym razem nie był to on. Co prawda umie manipulować moimi wspomnieniami, dzięki czemu zataja przede mną wiele rzeczy, ale nie mam w niej żadnej wyrw. Z drugiej strony nie wierze, że ktoś inny z miasta mógłby coś stąd ukraść, zwłaszcza, że znałem praktycznie wszystkich. Z cichym westchnięciem podszedłem do części biblioteki w której znajdowały się drzwi do pokoju o którym istnieniu nie wiedział praktycznie nikt poza mną, Atrium i Ran. Powiedzmy, iż był to pokój w którym zazwyczaj zajmowałem się swoimi sprawami. Na środku niego stał mały stolik. Podszedłem do niego z książką, którą zdjąłem ze swojego miejsca wędrując między regałami i zacząłem czytać ją po raz setny. To jedna z książek w której muszą znajdować się konkretne informacje na temat tych kryształów. Musi być w niej coś więcej o nich. Na pewno jedna nie pisze o tym tak wprost. Trzeba spojrzeć na to jakoś inaczej...

Atrium, jak się sprawy mają?

Od Atrium: "Nagła" pobudka

Cały poprzedni dzień spędziłam w budynku sądowym, zajmując się tym, co zawsze. Dzisiaj miałam dzień wolny od pracy. Jak to dobrze... Była około dziesiąta rano, a ja już nie spałam, jednak nie ruszałam się z miejsca, nie licząc mojego przewracania się z boku na bok, co jakiś czas. Nie wstanę przed południem. Codziennie pracuję od świtu, aż do ciszy nocnej, czyli do późna, prościej to ujmując. Leżałam wtulona w Curse'a, obok jego lewego boku. Jego ogony są o wiele lepsze, niźli zwykła pościel. Niby mam łóżko, w którym mogłabym spać, ale wolę to, jak jest teraz. To o wiele przyjemniejsze. Słyszałam jego spokojny oddech, przy którym ciągle się poruszał. Moim zdaniem to takie uspokajające. Byłam w stanie bliskim ponownego zaśnięcia, które by mi się nie udało, ale słyszałam rozmowy za drzwiami mojego mieszkania. Zakryłam uszy rękami, gdyż przeszkadzały mi one. Teraz już tylko czekałam na to, że ktoś tu wejdzie. Odkryłam  narządy słuchu i nie podnosząc głowy, zaczęłam na oślep szukać czegoś, czym mogłabym rzucić. Ewentualnie mojej katany. Kiedy w końcu znalazłam jakąś walającą się obok poduszkę, natychmiast ją chwyciłam i ułożyłam się w pozycji, w której mogłam spokojnie odpoczywać, a jednocześnie dogodnej do rzucania. Usłyszałam dźwięk otwierających się drzwi. Gdy tylko w wejściu pojawiła się postać, od razu dostała poduszką w twarz. Ku braku mojego zaskoczenia, był to mój przyjaciel, Kevin. Po chwili odwróciłam się tyłem do niego.
- Przyjdź w południe - stwierdziłam znudzonym tonem, który był dla mnie w stu procentach normalny. Nie czekałam na jego odpowiedź. Usłyszałam jego ciche westchnięcie.
- I co ja mam niby zrobić...? - spytał mało słyszalnie samego siebie. Kazali mu tu przyjść, to oczywiste. - Wiem, że masz dziś wolne, ale nie możesz spać do południa - stwierdził, tym razem mówiąc do mnie. Zaczęłam mruczeć coś niezrozumiale nawet dla mnie.
- Czemuuu? To, że wypuściłam cię wczoraj wcześniej, nie znaczy, iż poszłam do domu! Wróciłam koło pierwszej w nocy! - zaczęłam marudzić, nie patrząc na niego, lecz wtulając się w mojego towarzysza, który niewzruszony tą sytuacją, spał dalej. Przynajmniej tak myślałam.
 - Rozumiem to i szczerze powiedziawszy nie budziłbym Cię gdyby mi nie kazali...Możesz zrobić to dla mnie? - zapytał jakby z nadzieją w głosie. Dla niego... Hm...
- Najpierw masz mi powiedzieć, o co im chodzi... - mruknęłam w odpowiedzi. Jeśli mają jakiś powód warty mojej pobudki, to bardzo chętnie go posłucham. Naprawdę jestem rano taka straszna, że muszą wysyłać aż Kevin'a, zamiast sememu mnie obudzić?
- Atri, nie ma czasu na dokładne tłumaczenie. Ktoś się włamał do biblioteki, rozumiesz? - zadał kolejne pytanie nerwowym jak na niego głosem. Chwila... CO?! Natychmiast zerwałam się z miejsca, a po pięciu minutach stałam już ubrana przy drzwiach. Szybko wyszliśmy i razem z dwójką chłopaków, którzy zauważyli włamanie, ruszyliśmy do Diamentowej Biblioteki. Żeby nie tracić czasu, polecieliśmy na Noroi'u, dzięki niemu po kilku minutach byliśmy już na miejscu. Natychmiast poszliśmy do strażnika, pilnujące wejście, którym to włamywacz się dostał. Był ciężko ranny, medyk już się nim zajmował. Był półprzytomny, więc nie opłacało się go pytać. Od razu zaczęłam wypytywać, co zniknęło. Na nasze szczęście, tylko kilka książek, w których nie było informacji na tematy takie jak kryształy czy też to, co było w mieście wieki temu. Nie zmienia to faktu, iż trzeba dopaść złodzieja bądź złodziei.

Kevin?

Od Luny: Garnitur i chleb

Słońce wstało jakąś godzinę temu. Spokojnie siedząc na chodniku obserwowałam jak świat powoli wyłania się z ciemności. Teraz natomiast znudzona w zasadzie zasypiałam oparta o czyjś biały, drewniany płotek. Obudził mnie delikatny kopniak wymierzony w bok. Ziewnęłam przeciągle unosząc ręce ku górze. Zamrugałam, mlasnęłam, a dopiero potem spojrzałam na natręta. Okazał się nim właściciel posesji. Odziany w czarny garnitur mężczyzna z brązową, skórzaną torbą na ramieniu. Był dość wysoki więc nawet gdybym stanęła przerastałby mnie o ponad głowę.
- Przeszkadzam w czymś?- spytał oschle wodząc oczyma ode mnie do płotu i z powrotem- A może przynieść herbatki?
Wstałam.
- Nie, dzięki- odparłam strzepując kurz i drobinki ziemi z ubrań- A pana gdzieś podrzucić?- rzuciłam wykonując niedbały ruch ręką w stronę śpiącego przy krawężniku Wedrick'a.
Jego i tak wąskie wargi zmieniły się w prostą linię.
- Do sądu, proszę.
Wyszczerzyłam się.
- Tak, więc zapraszam- powiedziałam zachęcając go gestem i szarpiąc smoka za uzdę.
W większości przypadków jest ona zbędna, ale na jego grzbiet za chińskiego boga nie wejdę bez niej.
Gad powoli podniósł się z ulicy, przeciągną i ziewnął po czym odwrócił głowę w moim kierunku. Usiadłam wygodnie u podstawy jego szyi i zaczekałam aż klient wgramoli się na drugie nieco inne siodło z tyłu. Było ono połączone rzemieniami z moim i z zapięciem pod gonem. Moje trzymało się dzięki czemuś w rodzaju szelek. Poinstruowałam go by podkulił nogi i, odwracając się w siodle, zapięłam mu na stopach działające w sposób zbliżony do pasa kawałki skóry. Sprawdziłam czy dobrze się trzymają i powróciłam do poprzedniej pozycji.
- T-to standardowe zabezpieczenia w transporcie prywatnym?- wyjąkał zerkając na przymocowaną do jego siodła torbę.
Spojrzałam na niego nie kryjąc zdziwienia. Po chwili westchnęłam z niedowierzaniem.
- To ja tu wyznaczam standardy- mruknęłam pod nosem tak żeby nie usłyszał.
- Słucham?
- Nic, nic- wykonałam nieokreślony ruch reki- Pan pierwszy raz korzysta w prywatnego?
- No, tak. W publicznym bagaż można trzymać w rękach, a nogi zabezpiecza się tylko w czasie burzy lub silnych powiewów wiatru.
Zaśmiałam się gorzko.
- W takim razie u mnie burze i silne powiewy wiatru są codziennie- to powiedziawszy gwizdnęłam głośno.
Wedrick wydał z siebie krótki radosny ryk i skoczył do przodu, przebiegł może dziesięć metrów i wybijając się z tylnych łap, zamachnął się swymi ogromnymi skrzydłami. Silny napór powietrza zmusił mężczyznę do chwycenia się rzemieni łączących oba siodła. Muszę w końcu zadbać o jakieś normalne uchwyty.
Wed wywołał swym startem spory zamęt wśród domowych pupilków dookoła. Psy zaczęły ujadać, a śpiący na dachu wielki kocur, podskoczył ze zjeżonym na karku futrem i zleciał na ziemie. Uśmiechnęłam się mocniej pochylając do przodu by zmniejszyć napór powietrza. Klient już i tak był skulony. Jedną ręką rozpaczliwie trzymał się rzemieni, a drugą podtrzymywał swe mienie, które szczerze powiedziawszy było dużo bezpieczniejsze od niego samego. Wzruszyłam obojętnie ramionami i skupiłam się na zmuszeniu Wedrick'a do wyrównania lotu. Nadal nie za bardzo się słucha. Ma on zamiłowanie do dużych wysokości, a większość ludzi którzy korzystają z naszych usług jeszcze przed władowaniem się na jego grzbiet prosiło o spokojny lot, bez szaleństw.
W końcu smok rozłożył skrzydła i przeszedł do monotonnego szybowania co jakiś czas robiąc delikatny zamach. Zrobiło się jakoś cicho więc obejrzałam się za siebie by sprawdzić czy Garniturek nie spadł po drodze. Zastałam go skulonego i prawie się duszącego.
- Ej, żyjesz pan? - spytałam sięgając do przypiętej do mojego siodła torby.
Wyciągnęłam z niej prostą brązową manierkę z wodą. Upiłam kilka łyków i wyciągnęłam ją w stronę mężczyzny.
- Napijesz się pan?
Ten pokręcił gwałtownie wodą. Wzruszyłam ramionami i wypiłam całą resztę, po czym odłożyłam manierkę na jej miejsce.
- D-daleko jeszcze?
Spojrzałam w dół. Widać już było okazały budynek sądu.
- Nie- odparłam klepiąc Wedrick'a po szyi.
Szturchnęłam go w bok nogą. Smok momentalnie złożył skrzydła przy akompaniamencie krzyków Garniturka. Zmarszczyłam brwi gdy prędkość zrobiła się nieco niebezpieczna. Własnym życiem mogę się bawić, ale tego tu narażać nie zamierzam bo z zapłaty nici.
Pociągnęłam za wodze, mocno. Wedrick niechętnie rozłożył skrzydła. Wywołało to tak silny wstrząs, że musiałam odchylić się do tyłu w siodle. Ponownie zaczęliśmy się unosić. Zerknęłam na klienta. Obecny. Zmusiłam smoka by wreszcie wylądował.
Kiedy rozczochrany mężczyzna zsunął się ze grzbietu gada podałam mu torbę. Wyciągną z kieszeni portfel i podał mi pięć szmaragdów. Zważyłam je w dłoni i wrzuciłam luzem do torby.
- Miłego dnia życzę- rzuciłam i gwizdnęłam.
Szłam ulicą ciągnąc za sobą rozglądającego się na wszystkie strony smoka. Usłyszałam burczenie własnego brzucha. Skrzywiłam się rozglądając dookoła. Jakieś pięćdziesiąt metrów dalej zauważyłam niewielką piekarnię. Spokojnie podeszłam i kazałam Wedrick'owi siedzieć cicho. Otworzyłam przypiętą do siodła torbę i zajrzałam do środka. Sprzedawca łaził po zapleczu, co jakiś czas pokazując się w jego otwartych drzwiach. Z jego cichych pomruków wywnioskowałam, że szuka noża. Stąpając na palcach podeszłam do lady. Nie było jak przejść od tej strony więc przeskoczyłam ją lądując miękko po drugiej stronie. Przylgnęłam do ściany gdy wysoka sylwetka mignęła w drzwiach zaplecza. Wyprostowałam się chwyciłam leżący na półce chleb i dwie kajzerki pułki poniżej i przeskoczyłam ladę. Usłyszawszy kroki przywarłam do lady. Mężczyzna widocznie znalazł swą zgubę i zajął krzesło po drugiej stronie miej kryjówki. Przygryzłam wargę. No to ładnie. Popisałaś się Luno. Z chodnika doszedł mnie odgłos butów zderzających się z powierzchnią chodnika. No to już po mnie.
Wtem całą sytuację uratował Wedrick. Zajrzał do piekarni i zaryczał tak donośnie, że kroki na chodniku pośpiesznie się oddaliły, a przerażony piekarz spadł z krzesła. Przeturlałam się do drzwi, wrzuciłam łup do otwartej torby i nawet jej nie zapinając, ani nie wskakując na smoka gwizdnęłam. Wedrick zamachnął się skrzydłami, a ja chwyciłam się jego ogona. Kiedy znaleźliśmy się ponad budynkiem piekarni wyrównał lot i zarzucił mnie sobie na grzbiet, w miejsce gdzie znajdowało się siodło. Z niemałym trudem zamortyzowałam upadek na ruchomą powierzchnię. Usadowiłam w miarę wygodnie i sprawdziłam czy łup czasem nie wypadł z torby. Był cały. Odchylając się do tyłu z ciężkim westchnieniem chwyciłam kajzerkę i zapięłam torbę.